sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział VI " Szachy i typowa lekcja historii magii "


           Sytuacja z dziewczyną z biblioteki nie ujrzała światła dziennego, za co Remus był niezmiernie wdzięczny Syriuszowi. Black nie pisnął nawet słowa, nie mówiąc o tym, że chyba pierwszy raz w życiu odpuścił sobie uśmieszki, dwuznaczne wyrażenia i całą masę innych, wyszukanych tortur. Lupin na początku myślał, że jest to jeden z pierwszych objawów dojrzałości emocjonalnej u Łapy.
Porzucił jednak wszelką nadzieję, kiedy przyłapał go na namiętnym całowaniu pewnej urokliwej blondynki przed śniadaniem, a obściskiwaniem się z seksowną brunetką po południu. Black był z siebie bardzo zadowolony, ponieważ dziwny trójkąt utrzymywał się dość długi okres czasu. Poza tym, założył się z Jamesem o dwadzieścia galeonów, że poligamiczny związek przetrwa dokładnie dwadzieścia dni.
Przeliczył się.
Dzięki Lily, którą szlag jasny trafiał na widok rozanielonej gęby Blacka, obie delikwentki dowiedziały się o sobie. Postanowiły zjednoczyć się w swej złości, bólu i wściekłości, i w dość niewyszukany sposób dały Łapie w gębę. Bardzo mocno.
- Syriusz…? - spytał niewinnie James, kiedy siedzieli we czwórkę w pokoju wspólnym, kilka godzin po tym, jak Black został brutalnie pobity przez płeć piękną.
- Czego? – spytał niefrasobliwie brunet, uważnie przypatrując się trzeciej z kolei butelce kremowego piwa.
- Bądź człowiekiem honoru i rzuć mi moje dwadzieścia galeonów.
- Koń na E5 – mruknął Remus. – Twoja kolej, Rogacz.
- Dotrwałeś jedynie do piętnastu dni. – Potter zmarszczył brwi. Lupin był bardzo dobrym graczem.
- Jako człowiek honoru, chętnie bym ci rzucił twoje dwadzieścia galeonów, drogi Jamesie. Ale widzisz…
- Ha! Wieża na E5! – wykrzyknął radośnie okularnik, po czym wykonał gwałtowny gest rękoma. – Nie, nie, nie! Remus, do diaska, to była moja ostatnia wieża! Co mówiłeś, Syriusz? Jakie „ale”? Miało być dwadzieścia, było piętnaście. Co tu może się odnosić do „ale”?
- To, co zaprząta ci głowę od pierwszej klasy.
- Quidditch? – spytał Peter, który starannie spisywał esej o eliksirach. – Sposoby wykiwania Filcha? Jak zalać pół Hogwartu i nie zostać wydalonym ze szkoły?
- Szczurku, czasami się zastanawiam, czy po przemianie w człowieka twój mózg wraca do normalnych rozmiarów – odparł złośliwie, na co Pettigrew zarumienił się lekko, wracając do pracy domowej. Black pociągnął kolejny łyk piwa. – Chodzi mi o naszą drogą Lily.
- Królowa na B2…
- Chyba sobie jaja robisz, Remus! Co? Lily? Co ma… aaaaa… - James na chwilę oderwał wzrok od planszy i z politowaniem spojrzał na kumpla. – Żartujesz. To się nie liczy.
- Jak to nie? Gdyby nie ona, nadal bym z nimi chodził. Z obiema naraz, James – dodał z naciskiem. - Peter, prawda, że to się liczy?
- Co się liczy?
- Czy to ważne?
- No…
- Skoczek na D4.
- Po prostu powiedz, że się liczy.
- Eeee… - Peter nie bardzo rejestrował co się dzieje ( spisywanie to naprawdę trudna sztuka, szczególnie, że musisz dodać coś od siebie dla niepoznaki), ale postanowił potwierdzić. – Ta, jasne, że się liczy.
- A nie mówiłem? – Black tryumfalnie uniósł ręce. Pochylił się nad planszą. – Tak między nami, to powinieneś postawić tą figurę tutaj, Rogaś. Ta rada kosztowała cię dokładnie pięć galeonów. – Syriusz protekcjonalnie poklepał go po ramieniu.
- Po pierwsze, to żadna rada, bo i tak przegram w te cholerne szachy, a po drugie to wykorzystałeś naiwną głupotę przyjaciela, by potwierdzić prawdziwość swoich kłamliwych słów!
- Co się dzieje? – spytała Dorcas, która pojawiła się znikąd. Miała na sobie długi sweter i legginsy, w których, według Syriusza, wyglądała wyjątkowo dobrze. Rozejrzała się po twarzach chłopców, po czym usiadła niebezpiecznie blisko Blacka, jako że po drugiej stronie kanapy siedział jakiś pryszczaty pierwszoroczniak.
- Kłócą się – mruknął beztrosko Lupin, wpatrując się intensywnie w planszę. Był bliski wygranej.
- Oczywiście – westchnęła, kręcąc z rozbawieniem głową.
- Co cię tu sprowadza, Dorc? – spytał Łapa, z największym trudem powstrzymując się przed spojrzeniem w stronę, w którą nie powinien patrzeć. No chyba że chce zostać pobity już drugi raz tego dnia.
- A co, moje towarzystwo nagle przestało być godne twej osoby? – prychnęła, jak napuszona kotka Elizabeth z piątej klasy.
- Naruszasz moją przestrzeń osobistą – wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu.
- Twoja przestrzeń osobista już dawno wygasła, jako że codziennie można cię zobaczyć obściskującego się z biednymi, naiwnymi dziewczynkami – fuknęła, mając ogromną nadzieję, że nikt nie zauważył frustracji w jej głosie. To pewnie przez to piwo kremowe, które skonsumowała w dormitorium.
- No, stary, ktoś tu cię właśnie pokonał w twojej własnej grze – zaśmiał się wesoło Rogacz, zaraz potem przeklinając Remusa za to, że wygrał w szachach. – Jesteś beznadziejny, Remus, no doprawdy.
- Miałeś na myśli „genialny”.
- Miałem na myśli dokładnie to, co miałem na myśli.
- Specjalista od słówek się znalazł – skwitował Peter, z tryumfalnym uśmieszkiem stawiając ostatnią kropkę w eseju. – Panie i panowie, oto mogę się nazwać wolnym człowiekiem, który napisał własnoręcznie cały esej z eliksirów!
- Miałeś na myśli „spisywał własnoręcznie”?
- Miałem na myśli to, co miałem na myśli – burknął, rumieniąc się.
- E, prawa autorskie się należą!
- No chyba nie…

                                                           ***
Dorcas z miną męczennicy spojrzała na profesora Binnsa, który ponownie uciął sobie drzemkę, podobnie jak trzy czwarte klasy. Mimowolnie westchnęła, odwracając wzrok od tego nużącego belfra. Miała serdecznie dość. Przecież mogła w tym czasie robić tyle innych, fascynujących rzeczy i co? I musiała siedzieć tutaj, w dusznej sali, z nudnymi znajomymi ( nie licząc swojej paczki, oczywiście) i jeszcze nudniejszym profesorem, który teraz spał.
- Dorc, zdecydowanie wolę, kiedy się uśmiechasz – mruknęła siedząca obok niej Lily, patrząc na nią z przymrużonymi oczyma.
- Tutaj nie da się uśmiechać, patrz na tą katastrofę – odparła z nutką irytacji.
- E tam, powinnaś się cieszyć! Przecież gdyby Binns nie spał, to musiałabyś pisać notatkę, a tak to możesz sobie posiedzieć w relaksującej ciszy.
- W sumie racja, zawsze coś…- westchnęła z rezygnacją i zaczęła rozglądać się po klasie.
Większość uczniów odsypiała zarwane noce, a niektórzy mieli czelność zamienić swoje piórniki (czy inne części uczniowskiego wyposarzenia) na wygodne poduszki. Jeden z dowodów na to, że nauka transmutacji może się na coś przydać w życiu. Niewielka ilość klasy rozmawiała szeptem, odrabiała zaległe prace domowe, grała w mini szachy czarodziejów, czytała lub po prostu gapiła się tępo w sufit. Jedyną osobą która postanowiła uzupełniać notatki, był jakiś chłopak w ciemnych włosach od Puchonów. Dorcas go nie znała, podobnie jak innego niepozornego faceta siedzącego obok niego, który z głową wspartą leniwie na ręce, patrzył na pracę kolegi, od czasu do czasu dla żartu przewracając mu stronę. Ku zdziwieniu Dorcas, tamten zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.
Pokręciła głową w niedowierzaniu. Nic dziwnego, że go nie znała. Mężczyźni, którzy ją otaczali, mieli przeważnie bardziej…lekki stosunek do nauki. No, nie licząc Remusa i znerwicowanego Petera. Kto, oprócz Lily i paru innych zbyt ambitnych wariatów, uzupełniałby historię magii, zamiast się odprężyć i odstresować? Szczególnie, że dzisiaj nawet jej przyjaciółka wymiękła i właśnie bawiła się zdmuchiwaniem kosmyka włosów, który niesfornie padał na jej twarz. Meadowes prychnęła cicho w rozbawieniu, odwracając wzrok od dziwnego Puchona.
- Co? – spytała Lilka.
- Nico. Nudzi mi się.
- Aha. – Evans uśmiechnęła się półgębkiem. – To może ucieszy cię wiadomość, że Matt gapi się na ciebie przynajmniej od dwudziestu minut.
- Doprawdy? – Sadystyczno-złośliwy uśmiech rozświetlił twarz dziewczyny. – Interesujące… A mogłabyś mi powiedzieć, jakiego typu, jest to wzrok?
- Dorcas, jesteś…
- Okrutna? – spytała niewinnie. – Zła? Podła? Egoistyczna?
- …niemożliwa.
Meadowes zaśmiała się cicho i przeciągnęła lekko, kątem oka obserwując Matta. Tak jak oczekiwała, chłopak westchnął ciężko i zaczął bezczelnie gapić się na jej wyeksponowany przez chwilę biust.
Dorcas umiała doskonale sterować uczuciami wszelkich facetów. Kiedy ich omotała, byli jak dzieci we mgle, które usilnie próbują uczepić się jej spódnicy, byle tylko nie zgubić się na krętej ścieżce, na jaką ich podstępnie prowadzi. A gdy ich zdradziecko zostawi…Cóż…Obserwowanie ich wysiłków wrócenia na poprzedni szlak życiowy stanowi wspaniałą rozrywkę.
Wiedziała, że to niesprawiedliwe i podłe, ale w tym wypadku nie trafiały do niej żadne argumenty Lily czy Evy, ani też błagania porzuconych chłopaków. Płaszczenie się przed nią budziło w jej sercu uczucie pogardy, nie współczucia.
A Matt całkowicie zasłużył na swoją karę.
Przystojny blondyn o szarych oczach miał opinię Casanovy i- jak słyszała Meadowes- złamał już paręnaście damskich serc, skacząc z kwiatka na kwiatek, nie będąc z żadną dłużej niż kilka tygodni. Nie przeszkadzałoby to Gryfonce w najmniejszym stopniu. Może nawet trochę bawiło. Ale ostatnią ofiarą Puchona stała się dawna znajoma Dorcas, Suzy. Nie żeby Meadowes odczuwała przywiązanie czy chociaż lubiła ową Suzy- po prostu musiała spłacić dawny dług. Więc uwiodła Matta a po kilku dniach rzuciła go z zimną krwią.
Skutek był widoczny do dzisiaj.
- Tobie naprawdę to nie przeszkadza? – spytała Lily ze zdegustowaniem.
- Ani odrobinę. – Lekki ton wypowiedzi spowodował natychmiastowe przewrócenie oczami u jej sąsiadki. – Oh, daj spokój! Tym razem powinnaś być zachwycona moim zachowaniem- odkąd z nim zerwałam, nie złamał już serduszka żadnej biednej i naiwnej dziewczynce.
- Za to swoje ma w strzępach.
- Pozbiera się.
- A jeśli on cię naprawdę kocha?
Dorcas ledwo zdusiła w sobie głośne parsknięcie.
- Kocha? Kocha? Lily, dorośnij w końcu! Gdyby czuł do mnie cokolwiek oprócz zwykłego pociągu fizycznego, nie gapiłby się na moje cycki, jak- o, właśnie teraz. – Ponownie się przeciągnęła, wywołując tą samą reakcję u Matta. Może westchnienie było jeszcze głębsze. – Widzisz? Gdyby mnie…jak to pięknie ujęłaś…kochał, to może postarałby się zrobić coś więcej, niż tylko gapić w miejsca, na które nie powinien. Przejdzie mu po kilku tygodniach- zakończyła i machnęła ręką lekceważąco.
- No dobra. – Lily najwyraźniej nie zamierzała się poddać. – Pewnie masz rację. Ale w sumie…czemu nie?
- „Czemu nie” co?
- Czemu miałabyś się z nim nie spotykać.
- Znowu?- spytała Dorcas tonem pełnym zdumienia.
- Nie, po raz pierwszy. Oczywiście, że znowu. Jest przystojny, niegłupi, całkiem miły…Może po pewnym czasie też byś coś do niego…
- Upadłaś na głowę – przerwała jej Meadowes. - Naprawdę. Nie jestem żadną świętą, żebym litowała się nad jakimś durnym bęcwałem, który robi do mnie maślane oczy. A właściwie nie do mnie, tylko do mojego biustu. To po pierwsze. A po drugie znam siebie, przynajmniej po części. Nie zakochałabym się w nim.
- To w kim, Dorcas? No w kim? Jeśli dobrze się orientuję, żadne z twoich związków, nawet te najbardziej udane, nie angażowały cię w pełni emocjonalnie.
- O nieee, znowu zaczynasz te psychologiczne wywody…
- Ale wiesz, że mam rację! – naciskała Lily, przypatrując się jej twarzy. – To zawsze oni szaleją dla ciebie, nigdy ty dla nich- nawet jeżeli im się tak wydaje.
- Brawo – westchnęła Meadowes, wznosząc dłonie w geście obronnym. – Odkryłaś moją niesamowitą tajemnicę, przypomnę- ściśle tajną. Dostaniesz za to medal, ale dopiero jak na niego uzbieram. A teraz siedź cicho i pozwól mi się odprężyć.
Na znak, że dyskusja jest dla niej skończona, dziewczyna rozłożyła się wygodnie na ławce i zamknęła oczy. Lily chyba chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu westchnęła tylko i mruknęła coś o „zamykaniu się w sobie” i „barierach komunikacyjnych”.
Dorcas za to była zaniepokojona. I zła. Nie chodziło o to, że nigdy nie była zakochana. Owszem, była i to nawet więcej razy niż powinna, a już na pewno nie z tymi facetami, z którymi można czuć się… bezpiecznie. Jej jedyna wspaniała zdolność polegała na tym, że szybko nauczyła się, kiedy można – i należy – się wycofać. Tak, żeby nie poparzyć się zbyt mocno, ani nie płakać zbyt długo. W idealnym momencie, zanim cały związek zacznie się powoli rozpadać i gnić od środka. Z wieloma ze swoich eks utrzymywała dobre, przyjacielskie stosunki, doradzała im w teraźniejszych związkach.
Co z tego, że nigdy nie oszalała? Że nigdy nie czuła prawdziwego uniesienia, opisywanego w tanich romansidłach? Nie musiała. Wystarczało jej to, co miała.
Szczyciła się tym, że żaden facet nigdy jej do końca nie miał. Nigdy jej do końca nie znał. Jakaś jej część zawsze była dla niego niedostępna. Pozostawała niezależna.
Potrafiła każdego wyrzucić ze swojej głowy. Oprócz jednego. Ale on się nie liczył.
Pięść Dorcas zacisnęła na krawędzi ławki.
            On się nigdy nie liczył.
*~*
Przepraszamy za naszą zwłokę :)

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział V " W bibliotece"


Był chłodny, październikowy wieczór. A dokładnie dwudziesta osiem. A Remus wciąż siedział w bibliotece, próbując napisać tą cholerną pracę domową. Jedną z trudniejszych w tym semestrze. Do tej pory wymyślił jedynie trzy sposoby obrony przed Buchorożcami, a profesorka Merrythought żądała od uczniów aż pięciu! Odnalezienie ich graniczyło z cudem, nawet jak na możliwości Lupina. Właśnie miał rzucić książką o niebezpiecznych stworzeniach magicznych o ścianę, gdy spostrzegł Evę Wantson. Evę kocham-ją-bardzo-Wantson. Ach, Remus czuł, że oddałby wszystko, byle tylko móc wpatrywać się w jej twarz dłużej niż pięć sekund. Głęboko żałował, że nie miał nigdy okazji zostać z nią dłużej sam na sam. Nie po to, by ją poderwać, choć Lunatyk szczerze wątpił, że to w ogóle potrafi, ale żeby porozmawiać. Bez przysłuchujących im się Huncwotów bądź dziewczyn. Pragnął tylko szczerej rozmowy. Z cichym westchnięciem oderwał od niej wzrok, powracając myślami do obrony przed czarną magią.
- Skup się, Remus, skup się! – mruknął do siebie, zawzięcie miętoląc w ręku skrawek papieru.
Po chwili poczuł się tak beznadziejnie, że mimo woli zerknął w jej stronę. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, ona również na niego patrzyła. Stała na palcach, sięgając po książkę na wyższej półce, wpatrując się równocześnie w niego. Lupin już był gotów rzucić się jej z pomocą, gdy, ku jemu rozczarowaniu, dziewczyna opuszkami palców wyjęła pożądany przedmiot. Uśmiechnęła się do niego, po czym podeszła do Dorcas, którą Lunatyk dopiero co zauważył. Eva odwróciła się w jego stronę, z zamiarem powiedzenia czegoś, gdy wiecznie niecierpliwa Meadowes pociągnęła ją za rękaw w stronę wyjścia. Remus odprowadził je wzrokiem, powoli zaczynając żałować, że przyszła tu z przyjaciółką. „Ciekawe co chciała mi powiedzieć…” pomyślał, opierając głowę o rękę.
- LUNATYKU! – usłyszał donośny wrzask, przez co o mało nie spadł z krzesła.           Wzdrygnął się zaskoczony, przewracając łokciem kałamarz z atramentem, który rozlał się po całej pracy. Remus zaklął siarczyście, powodując niesmak na twarzach niedaleko siedzących Krukonek.
- Oj, a miałem nadzieję, że mi dasz przepisać – westchnął ten sam głos, tym razem zdecydowanie bliżej chłopaka, a ten, wbrew swojej spokojnej naturze, naprawdę miał ochotę rzucić parę klątw na daną osobę.
- Prędzej umrę niż dam ci coś przepisać – warknął nachmurzony, sięgając po różdżkę, by pozbyć się większej ilości atramentu.
- Ej, to nie ja przewróciłem atrament!
- Ale to ty, głupku, sprawiłeś mi zawał.
- Och, no wiesz, schlebiasz mi Luniaczku, ale naprawdę nie jestem aż tak przystojny…
- Dupek – skwitował blondyn, nawet nie zaszczycając spojrzeniem Syriusza.
Black przewrócił teatralnie oczami, machając przy tym ręką, jakby pokazać wszystkim, że zdanie Pana Mądrego go wiadomo co obchodzi. Z lekkim uśmiechem nonszalancko zajął miejsce obok przyjaciela, co nie uszło uwadze wyżej wspomnianych Krukonek. Łapa obrzucił je pojedynczym spojrzeniem by sprawdzić, czy są godne jego uwagi. Ku jego radości, obie były ładnymi brunetkami, jedna z piegami na nosie i zachęcającym spojrzeniu błękitnych oczu, druga z pięknymi ustami. Według niego miała również czym oddychać. Po krótkim szacowaniu, która będzie dla niego lepsza, wybrał tą z wydatnym biustem. Uśmiechnął się do niej zawadiacko, puszczając przy tym oko. Zarumieniła się słodko i spuściła zawstydzona wzrok, co tylko go zachęciło. Przesiadł się naprzeciwko niej (wyganiając przy tym jakiegoś pierwszaka, co z kolei Ładne Oczy skwitowały oburzającym spojrzeniem) i zaczął rozmowę. Już po chwili dał znać którą się interesuje, przez co niebieskooka, nie zaszczycając żadnego z nich spojrzeniem, zmieniła siedzenie o dwa miejsca. Znalazłszy się wprost przed Lunatykiem, zaczęła udawać, że czyta podręcznik. Nie wychodziło jej to jednak zbyt dobrze, gdyż Remus wyraźnie widział, że jej gałki oczne pozostają w miejscu.
- Nie przejmuj się – mruknął cicho, skrobiąc coś na pergaminie. Zdziwiona tą wypowiedzą dziewczyna zerknęła na niego z udawanym niesmakiem, po czym warknęła:
- Niby czym?
- Tym, że mój jakże empatyczny kolega cię olał.
- Nie twoja sprawa co zrobił – fuknęła, lecz widać było, że nie chce zakończyć tej rozmowy. Remus miał już do czynienia z odrzuconymi przez Łapę dziewczynami, które w większości takich sytuacji po prostu od niego odchodziły. Ta jednak tego nie zrobiła, a innych wolnych stolików w bibliotece było jeszcze sporo.
- Masz rację, nie moja, ale pomyślałem, że trochę ci się po tym polepszy.
- Dlaczego miałabym się niby przejmować jakimś tam chłopakiem? – zmarszczyła brwi ze zdenerwowania, co Lupin skwitował cichym śmiechem.
- A dlaczego setki dziewczyn z tej szkoły za nim latają? Z tego samego powodu – bo jest przystojnym rozrabiaką – blondyn aż skrzywił się na własne słowa. Właśnie powiedział, że Łapa jest przystojny! I to jeszcze rozrabiaka! On chyba musi iść do pani Pomfrey.
- Dlatego twierdzisz, że co?
- Żebyś się nie przejmowała jego brakiem zainteresowania. Znając go, obie z was brał pod uwagę i wybrał tamtą…
- Caroline.
- … właśnie, Caroline, ponieważ miała większe… - chrząknął znacząco – no, wiadomo co.
Dziewczyna ponownie zmarszczyła brwi, analizując jego słowa. Po chwili kiwnęła głową i uśmiechnęła się z lekka.
- Ma słaby gust – powiedziała, zerkając na tę parkę.
- Słucham?
- Och, pomyślałeś, że ja i ona…? Nie, no błagam, to rozpuszczony bachor, w dodatku nie jest jakoś specjalnie mądra, dlatego dawałam jej korepetycje. – Pomachała mu książką przed nosem, która miała tytuł „Transmutacja dla początkujących”. – Nie przyjaźnimy się czy coś. Nic z tych rzeczy. Myślę, że zerwie z nią w przeciągu tygodnia.
- Aż na tyle liczysz? – Remus naprawdę się zdziwił, co mimo wszystko wywołało u niego lekki niepokój zachowaniem jego przyjaciela. James przynajmniej od pewnego czasu przestał wykorzystywać dziewczyny, czego z kolei Syriusz ani myślał zrobić.
- Mniej?
Lupin przelotnie spojrzał na chichoczącą Caroline i prawie że obejmującego ją Blacka. Szybko mu poszło.
- Tak. Obstawiam od pięciu do czterech dni.
- Znawca, hę?
- Można tak powiedzieć.
- Dlaczego faceci lubią wykorzystywać naiwne dziewczyny? – spytała, krzywiąc się nieprzyjemnie. Syriusz już nawet nie starał się ukrywać swych intencji. Udając zainteresowanie, wskazał na naszyjnik w kształcie niebieskiego kruka, „nieopatrznie” dotykając głębokiego dekoltu brunetki, na co sama dziewczyna zareagowała kolejną falą nerwowego chichotu.
- A co ja, psycholog czy kto?
- Wiesz – uśmiechnęła się złośliwie. – Lubię pytać u źródła.
Remus uniósł pytająco brwi, za co oberwał pogardliwym prychnięciem.
- Przecież jesteś facetem, prawda?
- W większości z nas siedzi wieczny, mały chłopiec. Jak zapewne wiesz, dzieci lubią się bawić. I zmieniać zabawki, jeśli są za stare.
- Żałosne. To powinno się nazywać brakiem dojrzałości emocjonalnej! Albo strachem przed mocniejszym zaangażowaniem w związek.
- Zgadzam się. – Lupin bez większej nadziei otworzył kolejną książkę i zaczął przeglądać spis treści.
Dziewczyna przez dłuższą chwilę także starała się skupić na lekturze, ale widocznie przeszkadzały jej dziwne i coraz bardziej niepokojące dźwięki, które dochodziły ze stolika obok. Zaklęła pod nosem i wstała energicznie.
- Nie tak nerwowo, spokojniej – mruknął Lunatyk, nie podnosząc wzroku. – Wyjdź z podniesioną głową. Caroline i tak będzie cię katować złośliwymi komentarzami, zostaw sobie jakąś linię obrony.
- O, mamo… Racja. – Chciała ruszyć w dalszą drogę, ale zawahała się i odwróciła. - Dzięki za rozmowę – powiedziała ciepło, a kiedy Remus podniósł oczy zobaczył, że uśmiecha się do niego słodko. Zrobiło mu się gorąco. Miała naprawdę ładne oczy.
Prawie tak niebieskie jak Eva.
- Nie ma problemu.
Zrobiła kolejny niepewny krok, po czym podeszła do niego, lekko objęła i pocałowała w policzek. Zrobiła to tak naturalnie i tak przyjacielsko, że chłopak zdębiał. Syriusz na chwilę przestał łaskotać Caroline i wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu.
- Eee…
- To ja lecę.
I odeszła spokojnie, zostawiając go z bardzo, ale to bardzo głupią miną.
***
- No, no, no! Luniaczku, nie spodziewałem się…
- Syriusz. Zamknij się.
- Wiedziałem, że kiedyś pójdziesz w moje ślady…
- Syriusz.
- Żywiłem niezłomną nadzieję, chociaż James już dawno zwątpił…
- Syriusz…
- Ale ja zawsze – powiedział, akcentując znamienne słowo uderzeniem pięścią o otwartą dłoń – zawsze w ciebie wierzyłem!
- Syriusz, błagam…
- Remusie. Dziś jest pamiętny dzień. Oto seksowna brunetka o wspaniałych oczach koloru nieba pocałowała cię! – ostatnie słowa wypowiedział z istnym namaszczeniem.
- Syriusz, do cholery!
- I to PUBLICZNIE! – wydarł się na cały korytarz. – Zaledwie po PIĘCIU MINUTACH ROZMOWY!
- Syriusz, błagam cię…
- Lupinie, zaprawdę, powiadam ci…
- Och, przymknij się, ty durny, zakuty łbie!
O dziwo nastała cisza.
Wracali z biblioteki, a Remus zaczynał systematycznie tracić cierpliwość. Od momentu pocałunku… Nie, poprawił sam siebie, nie pocałunku. To można było nazwać co najwyżej buziakiem. Przyjacielskim buziakiem. A więc, od momentu przyjacielskiego buziaka, Syriusz co jakiś czas spoglądał na Lupina z szatańskim błyskiem w czarnych oczach. To nie mogło oznaczać nic dobrego. I nie oznaczało. Kiedy tylko upewnił się, że Caroline na dobre chwyciła haczyk, przesiadł się do skołowanego kumpla i patrzył na niego, ukazując cały garnitur śnieżnobiałych zębów. Wyglądał, jakby Remus przed chwilą wygrał Bank Gringotta łącznie z zawartością i teraz liczył na podział zysków. Na początku siedział cicho, potem zaczął gwizdać wesoło ( bibliotekarka posłała mu złowrogie spojrzenie), a na koniec zaczął się śmiać i to tak, że zrobił się zupełnie czerwony na twarzy ( tym razem pani Craven wyrzuciła ich na zbity pysk). Lupin także nabrał uroczych kolorów piwonii, ale z zupełnie innych powodów.
Przesłuchanie zaczęło się w momencie wyjścia na korytarz, który ( Bogu dzięki! ) był już niemal zupełnie pusty.
- Ok. – Głos Blacka brzmiał poważnie. – To o co chodzi z tą brunetką?
- Syriusz – wycedził – czy z łaski swojej mógłbyś się w końcu…
- Ej, spokojnie! Dobra, musiałem się z ciebie ponabijać, nie wybaczyłbym sobie, gdybym ominął ten istotny element. W końcu, wybacz druhu, ale ostatnio zbyt wiele dziewczyn nie kwapi się, aby posyłać ci całusy na prawo i lewo. – Brunet wytrzymał miażdżące spojrzenie. –Ale teraz, Lunatyku, pytam poważnie. Serio spodobała ci się ta dziewczyna?
- Nawet nie wiem jak ma na imię – odparł poirytowany.
- Nie pytam o imię. Pytam, czy czujesz do niej… hmmm, jak by to określiła nasza prześliczna Dorc...?
- Przeważnie jak jej się ktoś podoba, to zaczyna kląć jak szewc – rzekł i uśmiechnął się pod nosem.
- Racja. W ogóle, widziałeś ją dzisiaj?
- Tak, poszła gdzieś z Evą. Czemu pytasz?
- Tak po prostu.
- Aha.
- Co „aha”?
- Nic. A co ma być?
- Jakoś dziwnie to powiedziałeś.
- Za dużo spędzasz czasu na uganianiu się za dziewczynami. Zaczynasz mieć trzy tysiące podtekstów do jednego zdania. Zupełnie jak one.
- I tak ganiam za nimi mniej niż kilka lat temu – stwierdził, wzruszając ramionami. – Ale nie zmieniaj tematu. Spodobała ci się?
Remus westchnął ciężko.
- Nie w tym sensie. Rozmawialiśmy, podbudowałem ją po tym, jak zająłeś się jej wydekoltowaną znajomą i tyle. Nic więcej. Ten buziak był podziękowaniem.
- I zapewne formą taktyki. – Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Taktyki?
- No wiesz. Chciała wyjść z podniesioną głową.
- Powiedziałem jej to samo.
- Ano, sam widzisz. – Syriusz nareszcie zaczął mówić normalnym tonem. Spojrzał na kumpla przenikliwie. – Swoją drogą, ulżyło mi.
- Co? – zdziwił się Lupin.
- Ulżyło mi. Stary, nie obraź się za to, co zaraz powiem…
- Oho – mruknął pod nosem. Syriusz miał w zwyczaju przepraszać rozmówców tuż przed obrażeniem ich lub urażeniem. Albo przed wypowiadaniem głębokich prawd egzystencjalnych po pijaku.
- … ale nie podobałoby mi się, gdybyś umówił się z tą dziewczyną.
Remusa dosłownie wmurowało w podłogę.
- Czemu?
- Z powodu Evy – odparł Black swobodnie. – Wszyscy wiemy, że się w niej podkochujesz od około szóstej klasy. Nie, nie, spokojnie, spokojnie! Ona o tym nie wie! – krzyknął przerażony, widząc, jak kolor twarzy Lunatyka zmienia się z jaskrawej purpury na trupią bladość. – No, już, oddychaj… Przecież byśmy jej nie powiedzieli, baranie, myśl logicznie, podobno jesteś od tego ekspertem.
- Zaskoczyłeś mnie – wychrypiał, ocierając twarz dłonią.
- Zorientowałem się – mruknął, uśmiechając się kwaśno. – A niech cię szlag, mocno cię trafiło! 
Odpowiedziało mu spojrzenie rozgorączkowanych oczu. Tylko spojrzenie. Black poklepał przyjaciela po ramieniu.
- W każdym razie, zdaje nam się… Remus, nie miej takiej miny na tą liczbę mnogą!... Zdaje nam się, a właściwie wiemy, że do siebie pasujecie. Tylko któreś z was musi zrobić pierwszy krok.
Lupin wydał z siebie dziwny, nieokreślony dźwięk. Syriusz wybuchnął śmiechem.
- To nie jest zabawne, Łapa.
- Owszem, nie jest, jeśli patrzeć z twojej perspektywy. Ale dla mnie… Cóż, to będzie dość ciekawe.
- Powtórzę twoje słowa, kiedy sam się… no wiesz… - Język Remusa najwyraźniej przestał go słuchać.
- Tak, tak, wiem. Cholernie trudno powiedzieć, szczególnie, jeśli to prawda. Kłamstwa są o wiele łatwiejsze.
Resztę drogi przeszli w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. W końcu doszli do portretu Grubej Damy, która powitała ich niezwykle opryskliwie.
- Czego tu?
- Przyszliśmy podyskutować z tobą na temat rozbestwienia młodzieży w dzisiejszych czasach. Raczyłabyś podzielić się z nami swą cenną opinią? –– Sarkazm wręcz ociekał z wypowiedzianego przez Blacka zdania.
Dama z obrazu fuknęła wściekle.
- Przydałby ci się wykład, ty smarkaczu! – warknęła. – Włóczysz się po nocach a potem co, budzisz mnie i ja mam ci otwierać?! Za takie pyskówki?!
- O ile zauważyłem, to nie spałaś.
Gruba Dama zwęziła niebezpiecznie oczy i otworzyła usta, zapewne aby wygłosić jakąś tyradę, ale Remus ją uprzedził.
- Lukrowane chochliki.
            - A właźcie w końcu! I żebym już was nie musiała wypuszczać, wy…
            Nie mieli najmniejszej ochoty słuchać reszty monologu.
W pokoju wspólnym było ciepło i przyjemnie, siedziało tam parę osób, łącznie z Evą, Dorcas i Lily. James gdzieś zniknął z Peterem, zapewne poszli po kilka kremowych piw z Miodowego Królestwa. Lupin nagle pociągnął Łapę za rękaw i wyszeptał do jego ucha:
- Stary… weź nic nie mów przy innych, ok?
Oczekiwał żartu bądź kpiny, ale Black tylko uśmiechnął się porozumiewawczo i pokiwał głową. Mimo wszystko, był świetnym kumplem.